Emocje po pierwszym dniu nagrań nie pozwalały mi szybko zasnąć. Była potężna euforia, radość oraz milion innych pozytywnych odczuć po zdobyciu wymarzonego fartucha ! Uwierzcie mi na słowo – było naprawdę ciężko aby zaskoczyć jurorów i przejść do następnego etapu w konkursie.

Pamiętam, że obudziłem się z samego rana, zacząłem się szykować do kolejnych nagrań no i wyszedłem wraz z innymi uczestnikami przed hotel, aby czekać na autobus do studia. Wszyscy z uśmiechami na twarzy, radośni od ucha do ucha i w pewnym momencie widzieliśmy, że droga do studia nagrań już nie była taka jak zawsze, a wręcz w odwrotną stronę. Nikt nie wiedział jeszcze wtedy co nas tak naprawdę czeka. Jedyne co mieliśmy w głowie to spekulacje na temat kolejnej konkurencji i gdzie tym razem się ona odbędzie. W pewnym momencie tylko padło hasło „będziemy gotować w plenerze” więc wszyscy zaczęli obmyślać co ? gdzie ? jak ? dlaczego i po co ?

Ubraliśmy swoje białe i piękne fartuchy z logiem MasterChef i wyruszyliśmy w stronę głównego rynku w Krakowie.

Przechodni zatrzymywali się, życzyli powodzenia i cieszyli się razem z nami. Dzień ten był upalny, a pogoda była niesamowicie piękna oraz idealna na gotowanie w plenerze ! W pewnym momencie skręcamy w kolejna uliczkę, później następną i jeszcze kolejną. Nastała cisza i każdy myślał co dalej się wydarzy. Ruszamy dalej i nagle widzimy Plac Szczepański, ogromne flagi z napisem MasterChef oraz mnóstwo białych oraz drewnianych stanowisk z logiem programu. Na każdego uczestnika czekała tylko srebrna kopułka z jedną wielką niewiadomą co może się w niej znajdować.

Idąc między stanowiskami mówiłem sam do siebie, aby tylko nie zaskoczyło mnie coś, czego jeszcze wcześniej nie gotowałem.

Nagle słyszymy chef’a Michela „Kucharze amatorzy ręce na kopułki !”
Ręka się trzęsła, strach w oczach i nagle podnoszę – przeklinając sobie pod nosem.
Widzę mięso, rybę i podroby wraz z warzywami i podstawowymi produktami typu mąka, masło i inne rzeczy ze spiżarni MasterChef’a. Gdzieś już tam miałem jakiś pomysł co mogę z tego zrobić, a które produkty wolałbym ominąć.
W pewnym momencie tylko usłyszałem jak Pani Magda Gessler powiedziała „Wasze 90 minut zaczyna się teraz!”

Szybko zabrałem się za oczyszczenie i marynowanie ryby, kolejno do głowy wpadł mi kuskus, widzę cynamon, widzę kalafior i stwierdzam – dobra ! To będzie dobry pomysł. Nie docierało jeszcze do mnie co tak naprawdę się dzieje wokół mnie i co przygotowują inni uczestnicy, martwiłem się wtedy tylko o to aby zdążyć na czas.

„Kucharze zostało 15 minut !” Te słowa sprawiły, że nagle dostałem turbo przyspieszenia i zacząłem powoli wykańczać resztę dania, które miało zapewnić mi pozostanie w programie.

No i zaczęła się chwila prawdy – być albo nie być …

Podchodzę do stanowiska jurorów, serwuje swoje danie i tylko słyszę sam siebie ze swoimi myślami.

Kompletnie nie wiedziałem co mam zrobić w tym momencie. Stojąc przed tak wielkimi autorytetami, człowiek zastanawia się w pewnym momencie co tutaj w ogóle robi i czy wybrał właściwą drogę. Mimo wszystko cieszyłem się, że danie zaciekawiło jurorów, ale nie było na tyle zaskakujące, aby przedostać się do finałowej 14.
Powoli myślałem, że to już koniec dla mnie przygody, aż nagle chef Michel odparł, że da mi kolejną szanse aby udowodnić im, że miejsce w TOP 14 powinno się znaleźć również i dla mnie – tym samym zaprosił mnie do dogrywki.

PROSTE, A CIĘŻKIE – WALKA Z MAKARONEM czyli najdłuższe 60 minut w życiu.

Po konkurencji na Placu Szczepańskim w Krakowie, akcja przeniosła się do ponownie do kuchni MasterChef’a gdzie czekała już na nas ogromna skrzynia z emblematem programu. Szczerze mówiąc kompletnie nie miałem pomysłu co się w niej znajduje poza tym, że to na pewno coś co już kiedyś widziałem. Cieszyłem się ze szczęścia innych uczestników, którzy już wtedy zapewnili sobie miejsce w finałowej 14. Z pewnością dodało mi to wtedy ogromnej motywacji aby móc pozostać z nimi w dalszej części programu z racji, że są to fantastyczne osoby i szkoda by było pożegnać się tak wcześnie z tą przygodą.

Chef Michel wraz z Panią Magdą podnoszą skrzynie, a tam ?

Różnorodne rodzaje makaronu – papardelle, tagliatelle, fettucine, spaghetti, penne oraz masa jeszcze innych rodzajów i kolorów tego produktu. W sumie to cieszyłem się na widok samego makaronu, często go przyrządzam w domu i wiedziałem, że nie będzie to aż tak ciężkie aby przyrządzić. Problem dopiero pojawił się z pomysłem na dodatki. Chcąc nie chcąc chciałem zaskoczyć czymś jurorów dlatego też postawiłem na tagliatelle w sosie limonkowo miętowym z dodatkiem cukinii i jajka w koszulce.
Stwierdziłem, że to może być dla mnie kluczem w tej konkurencji, że pokażę coś czego jeszcze tutaj nie było – tak też się stało.
Czas leciał z prędkością światła, z balkonu tylko słyszałem jak inni uczestnicy dopingowali pozostałych, a ja w pewnym momencie z tego wszystkie zapomniałem o jajkach w koszulce, które już zaczęły się gotować w wodzie. Bałem się, że będą przegotowane, ale tak na szczęście nie było – przynajmniej wtedy tak jeszcze myślałem.

Ostatnie minuty, sekundy i biegam jak oszalały po kuchni szukając talerzy, który będzie najbardziej mi odpowiadał do tego co zrobiłem. Wybrałem zwykły, ogromny i płytki talerz – nagle słyszę Martynę wołającą z balkonu aby go zmienić na głęboki, a ja nadal szedłem w zaparte, że nie bo ten właśnie będzie odpowiadał mojej wizji !

Teraz już wiem, że tak bym nie postąpił ponownie i że warto czasami posłuchać kogoś innego bo patrzy na to z zupełnie innej perspektywy niż ja sam. No cóż emocje, stres i wszystko inne biorą ponad wszystko i stało się!
Zegar zakończył odliczanie, uczestnicy skończyli swoje dania i wszyscy wznieśli ręce do góry.
Wtedy towarzyszyła mi tylko myśl z zapytaniem samego siebie, czy to rzeczywiście wystarczy, aby dostać się tam gdzie zawsze chciałem ? W pewnym momencie przyszła moja kolej, a chef Michel wywołał moje imię z uśmiechem na twarzy – chyba mnie polubił
Serwuje talerz pełen makaronu, z jajka widzę płynne żółtko i nagle ziemia się zapada bo widzę, że jest w połowie przegotowane. Czułem się trochę zażenowany, a zarazem zmartwiony bo wiedziałem co to może oznaczać. Mimo wszystko ciekawość narastała, czy podołałem zadaniu , czy też nie ?

„Makaron przygotowany idealnie, jajko na w pół zrobione i sos wyparował – Filip co jest z Tobą ?” – takie były słowa chef’a Michela.
Nie wiedziałem wtedy co mam zrobić, stres z minimum wzrósł do maksimum, aż nagle podchodzi Pani Ania i zaczyna degustować moje danie. Cieszyłem się wiedząc, że to Ona będzie następną osobą. Jest zawsze spokojna i sprawia, że człowiek czuje się spokojniejszy, a zarazem pewniejszy.
„To danie samo w sobie ma potencjał, ale efektowne jajko w koszulce nie sklei całości. Brakuje tutaj dopracowania”
Po tych słowach zmartwiłem się, bo wiedziałem już co mnie czeka. Mimo tego cieszyłem się ze słów jurorów, ponieważ dały mi do myślenia na co powinienem zwrócić większą uwagę, a czego unikać na przyszłość.

Niestety moje danie nie było na tyle wystarczające aby pozostać w programie.

Opuszczając kuchnie MasterChef’a było mi ogromnie przykro nie tylko z myśli, że to już koniec tej przygody, ale również z sympatii do pozostałych tam uczestników. Fajnie było mieć tak super wsparcie od dziewczyn i chłopaków z Balkonu oraz poznać tak wspaniałych jurorów !  Z pewnością jest to miejsce, gdzie człowiek nie zna swoich granic kulinarnych i wszystko jest możliwe.
Wracając do domu wiedziałem, że pewne drzwi się zamykają, a jeszcze inne otwierają !
Może już nie będę gotować w kuchni MasterChefa podczas tego roku, ale kto wie co przyniesie kolejny rok… ?Grunt to się nie poddawać i walczyć o swoje marzenia, nawet jeśli spotykamy trudności w drodze o lepsze jutro.

Dzięki !